[Beta] Battlefield V – rozczarowanie z nutką nadziei.

Battlefield V miał być wielkim powrotem do korzeni. Powrotem do II wojny światowej i nieco bardziej taktycznej rozgrywki. Coś, na co społeczność czekała od lat – coś, czego teoretycznie nie dało się zepsuć.

Niestety na długo przed wyjściem bety można było mieć już pewne obawy dotyczące najnowszej części gry. Ostatnie gry DICE były mocno wykastrowane pod względem zawartości, ale wypakowane mikrotransakcjami, a do tego firma przyjęła jakąś niezrozumiałą taktykę marketingową – skupiającą się na nie pokazywaniu gry, obrażania swojej społeczności i wrzucania wszystkich z obiekcjami do worka z seksistami, a do tego na kilka dni przed wyjściem bety EA ogłosiło, że przenosi premierę gry na listopad.

Czy obawy były słuszne? Niestety wygląda na to, że tak.

Beta* była po brzegi wypełniona bugami i glitchami. Od skaczących ragdolli, przez t-pose’y, do wpadania przez mapę włącznie. Tworzenie składów, czyli zmora Battlefielda 1, raz działało, a raz sprawiało problemy, co doprowadzało do sporej irytacji. Dźwięk, czyli coś, z czego słynie seria, był strasznie przytłumiony i większość odgłosów była po prostu niesłyszalna. Najgorsze jednak było to, że w ogóle nie było czuć klimatu II wojny światowej – co więcej, nie było czuć klimatu Battlefielda.

 

 

Dziwna kolorystyka, pokraczny wygląd postaci, a do tego brak epicków pojedynków czołgów czy pościgów samolotów, bo pojazdy bardzo rzadko pojawiały się na respawnach.

Grafika w ogóle nie robi wrażenia (PS4 Pro), a przez to, że wszystko wydaje się rozmazane ciężko odróżnić przeciwników od towarzyszy.

Widać też, że gra będzie równie wykastrowana co Battlefield 1. Nie ma znanych i lubianych z poprzednich części dodatków do broni. Rozwój ekwipunku opiera się teraz o śmieszne drzewko przypominające słabe RPG. Do tego wygląda na to, że w dniu premiery będzie bardzo mało rodzajów broni (plotki mówią o 35 – w porównaniu w BF4 było ponad 80) i tylko 8 map. Do tego widać, że wielką wagę będą miały losowe paczki z kolorkami na broń i czapkami dla żołnierzy.

 

 

Na szczęście to, co najważniejsze – strzelanie – jest fenomenalne. W końcu czuć, że nasz żołnierz trzyma broń w rękach. Z każdej broni strzela się inaczej, czuć rozrzut i siłę. Życie samoczynnie nie odnawia się już do pełna, więc trzeba grać bardziej taktycznie i polegać na składzie.

Mecze nadal są intensywne i czasami o zwycięstwie decyduje 1 ticket, a dobrze rzucona rakieta V1 w ostatnich sekundach może odwrócić szale zwycięstwa.

 

Nie zanosi się na to, żebyśmy w dniu premiery otrzymali pełnoprawny produkt. Nie dostaniemy wszystkich trybów czy obiecanych mechanik. Beta Battlefielda V zostawia mocny niesmak, ale pozostawia też ziarenko nadziei, że jak DICE naprawi największe błędy to będzie można znowu zatopić się na dobre kilkadziesiąt godzin w multiplayerze i możliwe, że za 6-8 miesięcy dostaniemy naprawdę dobrą grę.

 

*Nie oszukujmy się, że to była beta. To, co dzisiaj jest betą, kiedyś było po prostu demem mającym zachęcić do kupna gry.

 

Nie wiesz jakie słuchawki kupić? Kup Philips SHP9500!


Moje kochane PX5 po 8 latach zaczęły się rozpadać. Obklejenie ich taśmą klejącą trochę przedłużyło ich żywot, ale niestety spowodowało, że pałąk był trochę nienaturalnie wygięty, co powodowało straszną niewygodę i bóle głowy.

Nie wiem czemu, ale bez większego zastanowienia chciałem zamówić Astro A50 i mieć problem z głowy. Znana firma, ładna podstaweczka, bezprzewodowe 5 GHz, no i grają w nich prosi, więc muszą być dobre.. Na szczęście okazało się, że nie są oficjalnie sprzedawane w Polsce, a i niemiecki Amazon ich nie miał, więc zacząłem szukać jakieś alternatywy.
Objechałem kilka sklepów, przymierzyłem wszystkie dostępne w nich „gejmingowe” słuchawki – Turtle Beache, SteelSeriesy, Logitechy, Sony, Kingstony, itd. i się trochę podłamałem, bo w każdych coś mi nie pasowało. A to ciężkie, a to niewygodne, wszędzie plastik fantastik i bazarowy wygląd, do tego 2,4 GHz, co zawsze prędzej czy później prowadzi do jakiś problemów. Testy i recenzje w internetach dobiły mnie jeszcze bardziej, bo wszyscy krzyczący jutuberzy wychwalają i spuszczają się nad każdym drogim modelem, a znające się na rzeczy fora i użytkownicy mieszają je z błotem – niemal każdym słuchawkom wytykają tragiczny mikrofon, słabą jakość dźwięku, szybko wyczerpujące się akumulatorki i późniejsze problemy z ich wymianą, itp., itd.

Po krótkich rozmyśleniach w końcu doszedłem do wniosku, że bezprzewodowość to jednak nie jest dla mnie jakiś big deal – PX5 też musiałem wpinać do pada żeby działał mikrofon, a brak zakłóceń i zabaw z baterią to zawsze plus. Zależało mi przede wszystkim na tym, by nowe słuchawki były wygodne i lekkie, dlatego coraz bardziej byłem przekonany do kupna porządnych słuchawek HiFi i jakiegoś zestawu DIY z mikrofonem.

Tak też zrobiłem: wybór padł na zestaw Philips SHP9500 + V-MODA BoomPro i muszę przyznać, że jestem ZACHWYCONY. Słuchawki są niewiarygodnie wygodne i lekkie. W sumie w ogóle nie czuć, że się ma coś na głowie. Dźwięk też jest niesamowity. Bije na głowę SteelSeriesy i wszystkie Turtle Beache do tego stopnia, że aż się zacząłem zastanawiać jak ja dałem radę grać przez tyle lat na PX5.
Mikrofon też jest zadowalający, znajomi po dniu przyzwyczaili się do lekko zmienionego głosu, a przez to, że kabelek wpina się po prostu w słuchawki powoduje, że wszystko jest proste i schludne.

Co ciekawe kroki, w strzelaninach słychać lepiej niż na tych wszystkich słuchawkach z pseudo 7.1 i specjalnymi presetami. :O

Dlatego apeluję żebyście nie dawali się nabierać na te wszystkie marketingi i „gejmingowe” sprzęty. Zastanówcie się czy rzeczywiście potrzebujecie bezprzewodowych słuchawek i kupcie jakieś zwykłe słuchawki HiFi i specjalny kabelek z mikrofonem do nich! (Tutaj bardzo fajna polecajka)

Ah, jedno zastrzeżenie – to są słuchawki bardzo otwarte – więc granie przy śpiącej obok żonie czy słuchanie muzyki w tramwaju nie będzie najlepszym pomysłem 🙂

Dzień z grania w Battlefielda 1.

DICE zrobiło tygodniowy event, w którym to każdy posiadacz Battlefielda 1 mógł przetestować Premium i nowe mapy. Skro jest za darmo, a gra się kurzy na półce to razem z grową ekipą postanowiliśmy dać grze jeszcze jedną szansę i zabraliśmy się za instalację gry (Sama instalacja z płyty nadal trwa cholernie długo – chyba najdłużej instalująca się gra na PS4 jaką posiadam).

Próba wejścia ze znajomymi na jeden serwer to katorga. Gra sama sobie wybiera kto jest kapitanem grupy i tylko jak kapitan wybierze serwer to reszta dostanie informacje i komunikat o dołączeniu. Jak już się uda dowiedzieć kto jest kapitanem i w końcu uda się wszystkim kliknąć to zaczyna się wpatrywanie w wieczny loading z wczytywaniem mapy. Po 2 minutach loadingu, nagle okazuje się, że kapitan grupy, który pierwszy wybrał serwer stoi w kolejce do dołączenia do gry, a koledzy, którzy się dołączali już grają. Żeby nie czekać, koledzy wychodzą z gry, więc w międzyczasie kapitan zaczął się dołączać do serwera, ale ma kolejny loading.

Na szczęście jest opcja anulowania wczytywania mapy – na nieszczęście opcja ta zawiesza grę na dwie minuty i szybsze jest wyjście do dasha i jeszcze raz włączenie gry.

W międzyczasie pojawia się komunikat, że serwery EA są aktualnie niedostępne i kilka razy trzeba wcisnąć trójkąt.

Po 15 minutach w końcu udało nam się wejść na serwer i zagrać w nową francuską mapę. Mapa wygląda identycznie jak jedna z map z podstawki, ale dla niepoznaki jest noc. Nie wiem czy to jest jakaś specjalna mapa nocna wrzucona za darmo czy po prostu DICE odwaliło manianę. Do tego mieliśmy pecha i wylosowało nam tę samą mapę trzy razy.

Mocno już wkurzeni wyszliśmy z serwera i postanowiliśmy odpalić jakąś szybką operację. Ni chuja. Nie znaleziono żadnej gry. Obojętnie czy zaznaczymy operacje na 40 czy na 62 osoby…

Gra znowu poszła z dysku, a my wróciliśmy do załatanej czwórki, w którą gra się świetnie (tylko niestety znalezienie serwerów z mapami z DLC graniczy z cudem).

Deus Meh: Rozłam ludzkości.

Deus Ex: Human Revolution to jedna z moich ulubionych gier z zeszłej generacji konsol.
Cyberpunkowy świat, ciekawa fabuła, charyzmatyczny bohater i niesamowita muzyka. Gra miała kilka wad – takich jak walka z bossami, ale twórcy ze Square Enix wielokrotnie mówili, że wiedzą o problemach i w kolejnej części będzie lepiej.

Jeżeli pierwsza część była świetna, a deweloperzy wiedzą co poprawić to teoretycznie kolejna część powinna być jeszcze lepsza. Niestety z Mankind Divided tak się nie stało.

Praga, czyli hub po którym się przemieszczamy, jest nudna i nie umywa się do Detroit. Historia też jest nudna. Jensen stał się nijaki. Nuda i nijakość – to najlepsze podsumowanie tej gry.
Nic nie ciągnie do przodu, pod koniec aż się musiałem zmuszać, by skończyć. Jest kilka ciekawych misji pobocznych, ale misje te skonstruowane są tak, że trzeba się przemieszczać między różnymi dzielnicami miasta za pomocą metra. Przy każdej takiej jeździe metrem następuje skandalicznie długi ekran ładowania.

Jeżeli chcecie grać po cichu to loadingi i ekrany ładowania to coś, co będziecie widzieli przez większość swojej przygody z tym tytułem. Przy każdej jeździe metrem, po każdej śmierci, po każdym wczytaniu gry trzeba czekać czasami dobre kilka minut. Nawet czasy ładowania w Bloodbornie nie umywają się do tego. Przy jednym trudniejszym momencie, gdzie zginąłem 3 razy, za czwartym wyłączyłem konsolę, bo dłużej czekałem na wczytanie się gry niż rzeczywiście grałem.

Sama rozgrywka wygląda dokładnie tak samo, jak w poprzedniej części. Doszło co prawda kilka umiejętności, ale poza hackowaniem na odległość nic nie skłoniło mnie, żebym z tych nowości użył więcej niż jeden raz. O ile hackowanie w poprzedniej części było czymś w miarę nowym o tyle tutaj jest tylko irytującym przerywnikiem. Przeciwnicy to nadal idioci, ale z sokolim wzrokiem i na najwyższym poziomie trudności czasami zdarza się im wypatrzeć nas z kilometra. Nadal nie ma możliwości stuknięcia w ścianę czy rzucenia jakiegoś kamienia, by zwrócić uwagę wroga.

Niemal od samego początku do samego końca czułem się jakbym grał w jakieś mniej udane rozszerzenie do Buntu Ludzkości niż w pełnoprawną kolejną część.

Niestety Deus Ex to póki co moje największe rozczarowanie w tym roku.

Ocena: 2/5

Dark Souls 3: Postęp każualizacji

Gry From Software otoczone są kultem i mistycyzmem. Legendy o poziomie trudności w Soulsach można usłyszeć juz wszędzie i powielane są przy każdej kolejnej odsłonie gry.
Pomimo mojego uwielbienia tej serii zawsze wyśmiewałem te historie. No bo gdzie tu trudność skoro znakomita większość walk polega na turlaniu się pod nogami przeciwnika i czekaniu na odpowiedni moment, by wyprowadzić swój cios?

Tak, gry z serii Souls są wymagające, mają wysoki próg wejścia i karzą, czy też karały wcześniej, za każdy popełniony błąd. To za to pokochaliśmy te gry, gry jakże inne od całej reszty popkulturowej papki. Do tego dochodzi tajemniczość świata, szczątkowa fabuła, do której nigdy nie przykładałem większej uwagi, ale z przyjemnością słuchałem wszelakie rozważania o niej, niesamowite lokacje i modele przeciwników, no i klimat, który wylewa się z ekranu.

Jak w 2009 roku w któreś z Polygadek (ktoś pamięta który to był numer?) usłyszałem zachwyty Rysława na temat Demon’s Souls to od razu wiedziałem, że to będzie gra dla mnie. Gra która nic nie tłumaczy, bez żadnych bzdurnych tutoriali, bez checkpointów, bez trzymania za rączkę, gdzie każdy zły ruch kończy się śmiercią, a śmierć jest strasznie dotkliwa. Gdzie o wszystkim musimy dowiedzieć się z wszelakich forów i wikipedii. Do tego gra która nie wyszła w ogóle na zachodzie (w tamtym okresie) i którą trzeba było ściągać bodaj z Hong-Kongu.
Do dziś pamiętam nieprzespane noce po błąkaniu się w lochach Tower Of Latria oraz ścieki gdzie grasowały żaby, które w kilka sekund rzucały klątwę pozbawiającą nas połowy życia. (A jednak źle pamiętam, ścieki i żaby były w Dark Souls)

Dwa lata później wyszły równie niesamowite, ale już bardziej przystępne Dark Soulsy, wprowadzające kilka uproszczeń, ale nadal zachowujące klimat Demon’s Souls. Półtora roku później druga część Dark Souls, po roku Bloodborne, gra na wyłączność dla PS4, po kilku miesiącach wyszła odświeżona wersja Dark Souls 2 dla konsol nowej generacji. W tym roku pojawiła się trzecia trzecia część tej serii.

Sześć gier w siedem lat. Z każdą kolejną odsłoną coraz mniej świeżości, coraz mniej wyzwań, coraz więcej uproszczeń. Uproszczeń do tego stopnia, że przez pierwsze klika godzin w Dark Souls 3 czułem się tak jakbym grał w Call of Duty. Bez żadnego stresu, bez żadnego wyzwania parłem do przodu zabijając po drodze kolejnych bossów. Przeciwnicy budzący kiedyś szybsze bicie serca, jak wspomniane wcześniej żaby, aktualnie powodują jedynie wzruszenie ramion. Nie ma poczucia zagrożenia, bo bez zastanowienia przebijam się przez kolejnych wrogów, którzy nie są w stanie nic mi zrobić. A jak już zdarzy mi się zginąć, to również wzruszam ramionami, bo kara za śmierć jest znikoma, a największą frustracje powoduje losowe pokazywanie się niebieskiego ekranu na PS4.

Dark Souls 3. Gra obdarta z tego za co pokochałem gry From Software. Gra nie sprawiająca większego wyzwania, którą bez problemu można przejść z pierwszym napotkanym mieczem. Gra z którą w jednym tygodniu spędziłem ponad 30 godzin.

Tak, bo pomimo moich narzekań Dark Souls 3 to gra niesamowita i pod sensem growym prawdopodobnie najlepsza odsłona tej serii. Walka nadal sprawia niesamowitą satysfakcje, a jej lekkie uproszczenia powodują, że w końcu wchodzi nam każdy backstab, a parowanie ataków przeciwników nie stanowi już większego wyzwania, przez co cały czas gramy z bananem na twarzy. W końcu mamy większą ilość cutscenek i zaczynamy coś rozumieć z historii. Grafika wygląda przepięknie, nie raz zatrzymywałem się na chwilę, by podziwiać widoki i zrobić szybkie zdjęcie. Online działa wyśmienicie, a w jednej grze może znajdować się nawet do sześciu graczy. Umowne kary za śmierć powodują, że coraz śmielej próbujemy swoich sił w PvP, które w tej odsłonie sprawia niesamowitą zabawę.

Zabawa i przystępność. To charakteryzuje Dark Souls 3 i nie sądziłem, że to przyznam, ale sprawdza się to bardzo dobrze.

Plusy:

  • Walka nadal sprawia niesamowitą przyjemność.
  • Zróżnicowani przeciwnicy.
  • Zróżnicowane i ciekawe przymierza i zadania poboczne
  • Przepiękne i przemyślane lokacje
  • Online sprawia niesamowitą frajdę

Minusy:

  • Wiele uproszczeń i brak wyzwań
  • Potrafi przyciąć na PS4 oraz wyrzucić na niebieski ekran.
  • Recykling assetów z poprzednich części

Ocena: 4+/5

 

 

Clash Royale – czysta heroina.

 

NUrbnNe

Komórkowa, multiplayerowa gra free 2 play z popsutymi mikrotransakcjami. Do tego jeszcze tower defense. Na pozór nie ma gorszej rzeczy na świecie, a jednak, przez ostatnie kilka tygodni każdy mój dzień zaczynam i kończę na partyjce w Clash Royale.

Clash Royale to czwarta gra fińskiego studia Supercell, studia którego każda gra podbija rynki mobilne wchodząc na listy najlepiej zarabiających gier w AppStore. Nie inaczej jest z tym tytułem.

 

Clash Royale to pseudo połączenie gry tower defense z grą typu MOBA. Na symetrycznej planszy z dwiema ścieżkami po każdej stronie mieszczą się trzy wieże. Jedna główna, w której znajduje się król i dwie poboczne, które to króla strzegą. Do dyspozycji mamy całą masę jednostek i czarów pod postacią kart z których składamy talie. Naszym celem jest zniszczenie głównej bazy przeciwnika zanim on zniszczy naszą.
Brzmi prosto? I takie właśnie jest. Wystarczy zagrać jeden mecz, by zrozumieć cały system gry. Do tego wystarczy kilka sekund, by zrozumieć co robi dana jednostka i jaki powinien być jej cel.

 

Mimo prostoty gra ma nastawienie taktyczne. Każde zagranie karty zużywa określoną liczbę elixiru, który odnawia się co kilka sekund. Do tego jedne jednostki kontrują drugie. Zrządzanie elixirem to rzecz kluczowa, nie możemy bezmyślnie zagrywać kart. Musimy tak kontrować przeciwnika żeby cały czas mieć przewagę elixiru i w najmniej spodziewanym momencie przeprowadzić atak na wieżę.

Po każdej wygranej grze dostajemy skrzynkę z której dostajemy karty. I tutaj zaczyna się największy problem. W tym samym momencie możemy posiadać maksymalnie cztery skrzynki. Żeby otworzyć skrzynkę musimy czekać od 3 do 24 godzin (Im rzadsza skrzynka, z rzadszymi kartami, tym dłuższy czas oczekiwania), albo też możemy zapłacić prawdziwe pieniądze, by skrzynkę otworzyć natychmiastowo. Oczywiście nie wiemy jakie karty dostaniemy ze skrzynki i czy w ogóle przydadzą się w naszej talii. Im więcej kart danej jednostki tym większy poziom jednostki. Niestety do ulepszania jednostek poza kartami potrzebujemy też złota, a złoto leci przede wszystkim ze skrzynek. Na wyższych arenach dosyć szybko spotkamy się z sytuacją, że przeciwnicy mają bardziej rozwinięte jednostki, a nas nie stać na ich lewelowanie.

 

Supercell próbowało załagodzić problem wprowadzając klany, w których to raz na 8 godzin możemy poprosić o jakąś kartę, a za każdą ofiarę dostajemy kilka sztuk złota. Jednak nie jest to rozwiązanie idealne. (Chodzą plotki, że w kolejnej aktualizacji będziemy dostawać złoto za każdy wygrany mecz – trzymam za to kciuki!)

 

Problemy z mikrotransakcjami schodzą jednak na dalszy plan, bo sama rozgrywka jest niesamowicie wciągająca i angażująca, a granie z żywym przeciwnikiem powoduje, że nie ma utartych schematów. Do tego każda potyczka trwa maksymalnie cztery minuty, więc możemy ją rozegrać niemal w każdej chwili.

Do tego dochodzi meta gra w czekanie i zarządzanie kolejnością, i czasem otwierania skrzynek. W ciągu dnia najlepiej otwierać skrzynki trzygodzinne, a na noc zostawiać sobie ośmio i dwunastogodzinne. Wciągnąłem się do tego stopnia, że mój zegar biologiczny automatycznie już zaczął podpowiadać kiedy powinienem włączyć telefon i otworzyć kolejną skrzynkę.

Clash Royale to zdecydowanie jedna z najlepszych gier na smartfony, a ilość przegranych przeze mnie godzin spowoduje, że na pewno znajdzie się w moim TOP 3 najlepszych gier tego roku.

 

Plusy:

  • Niesamowicie wciąga
  • Rozgrywka trwa od 3 do maksymalnie 4 minut
  • 48 zróżnicowanych kart
  • Mimo prostoty ma aspekt taktyczny
  • Natychmiastowy matchmaking

 

Minusy:

  • Nachalne mikrotransakcje
  • Brak możliwości zagrania towarzyskiego meczu ze znajomym, który nie jest w naszym klanie
  • Matchmaking sporadycznie szaleje i dobiera zbyt mocnych przeciwników

 

Ocena: 5/5

Salt and Sanctuary – największe zaskoczenie tego roku?

Nie jestem fanem gier Ska Studio. Nie przepadam za ich poczuciem humoru i za ich stylem graficznym, dlatego też z nieszczególnym zaangażowaniem podchodziłem do Salt and Sanctuary. Jednak już po kilku sekundach od odpalenia gry zakochałem się w tej produkcji.

Po stworzeniu postaci przenosimy się na statek atakowany przez piratów. Nie mamy żadnej wyszukanej broni, ekwipunku czy też zbroi, a za drzwiami czai się wielki morski potwór wyciągnięty niemal z mitologii Cthulhu który zabija nas jednym celnym ciosem. Po śmierci przenosimy się na brzeg wyspy, by kontynuować rozgrywkę – jednak przystajemy na chwilę i zastanawiamy się czy nie mamy jakiegoś deja vu. Czy ten motyw przypadkiem nie przypomina nam trochę rozpoczęcia Deamon’s i Dark Souls?

 

 

Nic też dziwnego, bo Salt and Sanctuary mocno inspiruje się, a nawet można by powiedzieć, że bezczelnie kopiuje, gry z serii Souls. Zamiast dusz z przeciwników wypada tytułowa sól, która przepada po każdej śmierci, zamiast ognisk pełniących rolę punktów kontrolnych mamy sanktuaria, a świat składający się z szesnastu niesamowicie przemyślanie połączonych ze sobą lokacji wypełniony jest wszelkiego rodzaju bossami. Mimo tego, że gra jest dwuwymiarową platformówką na każdym kroku możemy poczuć inspiracje grami From Software. Do tego stopnia, że od pewnego momentu zaczynamy uderzać w każdą napotkaną skrzynkę przed jej otworzeniem, co chwilę natykamy się na tekstowe porady innych graczy, a po skończeniu gry zaczynamy ją jeszcze raz na poziomie NG+. Ska Studio dodało jednak kilka ciekawych pomysłów i umiejętności, które urozmaicają rozgrywkę.

 

 

Salt and Sanctuary jest grą wymagającą. W każdym momencie musimy spodziewać się zagrożenia, musimy poznać system walki i odnaleźć się w przytłaczającym okienku rozwoju postaci. Jednak jeżeli jesteście fanami gier z serii Souls to tak jak ja od razu zakochacie się w Salt and Sanctuary i nie oderwiecie się od gry do czasu wbicia platyny.

Plusy:

  • wymagający i satysfakcjonujący system walki
  • duży, ale przemyślanie połączony ze sobą świat
  • 23 zróżnicowanych bossów
  • to co kochamy w Soulsach przedstawione w 2D
  • masa różnych broni, czarów i zbroi

 

Minusy:

  • przytłaczające drzewko rozwoju postaci
  • jednorożce które zabijają jednym ciosem. 😉
  • kooperacja jedynie na wspólnej kanapie

 

Ocena: 5/5

 

(Dosyć szybko możemy natrafić na czar który strasznie wypacza całą grę. Na szczęście Ska już przygotowało nerfa :))